Jak już wspominałem w Manifeście, ostatnio jestem zafascynowany usługami oferowanymi przez Google.
Zaczęło się od padającego serwera poczty w mojej osiedlowej sieci. W rezultacie z konieczności założyłem konto GMail. Generalnie uprzedzony jestem poczty z dostępem web-based, ale w tym wypadku byłem bardzo mile zaskoczony. Sam interfejs w niczym nie ustępuje takim programom jak Evolution, czy Thunderbird, natomiast intuicyjność, obsługa filtrów wiadomości, grupowanie wiadomości w wątki i uporządkowanie wiadomości w oparciu o etykiety bije zwykłe programy pocztowe o głowę. I to wszystko bez reklam dodawanych do maili (dlatego wybrałem gmaila). Ale gmail to dopiero początek.
Kalendarz, który wysyła (za darmo) SMSy z przypomnieniami o ważnych wydarzeniach. Notatnik w którym można z łatwością (po zainstalowaniu w Firefoxie rozszerzenia) zapisywać fragmenty stron (jak i również zwykłe notatki). Czytnik wiadomości, pozwalający w jednym miejscu scentralizować wszystko, co mamy ochotę czytać. Zakładki, przechowywane na serwerze, a z odpowiednim rozszerzeniem do Firefoxa, dostępne jak zwykłe i to bez konieczności synchronizacji. Do tego komunikator, oparty na protokole Jabbera, co umożliwia łączenie się z Google Talk za pomocą swojego ulubionego klienta. A wszystko to można osadzić na spersonalizowanej stronie domowej iGoogle.
W przypadku pracy na wielu komputerach dostęp do zgromadzonych informacji bez konieczności kłopotliwych synchronizacji jest bezcenny. Do tego każda z tych usług posiada schludny i intuicyjny interfejs. Aż trudno uwierzyć, że to wszystko za darmo.
No dobrze. Wcale nie za darmo. Po pierwsze: są reklamy. Reklamy w stylu Google są chyba jednym z kluczy do sukcesu tegoż przedsięwzięcia. Nie są nachalne. Integrują się z wyglądem całej strony. Są przy tym dobrane tematycznie do informacji akurat wyświetlanych. Myślę jednakże, iż nie tylko na reklamach Google zarabia. Większe znaczenie mają zapewne informacje. Informacje o tym, co ludzi interesuje, jakie mają potrzeby, czyli co można im sprzedać. Niektórzy mówią, że takie zbieranie informacji jest ograniczaniem wolności. Ja jednak nie mam nic przeciwko braniu udziału w nieustannym badaniu marketingowym. Wydaje mi się, że zapłata, którą za to otrzymuję, w postaci usług oferowanych przez Google, jest godziwa.
Czyli VII Ogólnopolska Konferencja Kół Naukowych Fizyków. Tym razem w Brennej (V i VI były w Cieszynie). Sama miejscowość jest całkiem sporą wsią, nastawioną głównie na turystykę. Krajobraz malowniczy: Brenna położona jest w dolinie, wzgórza porośnięte lasami mieszanymi.
Co do samej konferencji. Poziom referatów w mojej ocenie lepszy niż poprzednio. To znaczy, że referaty w większości były zrozumiałe dla przeciętnego słuchacza (a nie tylko dla wygłaszającego). Choć generalnie atmosfera była mało naukowa :). Oczywiście nie obyło się bez paru „wpadek”.
Natomiast niezwykle interesujący okazał się referat na temat fizyki jazdy na rowerze. Okazuje się, że między bajki można wsadzić opowiadania, iż rower jest utrzymywany w pionie z pomocą efekty żyroskopowego. Zagadnienie jest znacznie bardziej skomplikowane, a pierwsze skrzypce gra w nim fakt, iż przedłużenie osi kierownicy znajduje się przed punktem styku przedniego koła z ziemią (patrząc w kierunku jazdy).
Mnie przypadło w udziale wygłoszenie tam kilku słów pod wspólnym tytułem Kwantyzacja przez deformację. No i może nawet część ludzi coś z tego co mówiłem zrozumiała.
Wraz z Kołem Naukowym Fizyków byłem na biwaku „naukowo-integracyjnym” w Słowackim Raju. Oto kilka wrażeń:
1. Zdecydowanie nie należy schodzić w górach ze szlaku. W zasadzie po fakcie mógłbym powiedzieć: „a nie mówiłem”, ale nie chciałem psuć radości ze szczęśliwego powrotu do domu. W każdym razie „skrót” kosztował nas jakieś dodatkowe 2h drogi: zejście 200m, spacer wzdłuż strumienia, wodospad nie do przejścia, wejście 100m, spotkanie prawdopodobnie z niedźwiedziem (ciemno już było), kolejne zejście (silny związek przyczynowy), przejście w bród przez rzekę (woda do połowy łydek).
Plusy: doceniłem wysoko wiązane buty. Na drugi dzień były już całkowicie suche, podczas gdy pozostali suszyli buty co najmniej dwa dni.
2. Szlaki miejscami zaniedbane: w Przełomie Hornadu miejscami zaczepy łańcuchów wypadały ze ściany, niektóre stopnie się ruszały. Z kolei w Wielkim Sokole trudno mówić o jakimkolwiek szlaku… Przejść nie mocząc nóg – raczej nie możliwe. Choć niewątpliwie mokre i śliskie kłody dostarczają wrażeń.
3. Widoki ładne, choć mi osobiście bardziej podobają się skalne miasta w Teplicach i okolicach. Wielki Sokół imponuje swoim ogromem. Również i widok z wodospadu w Sokolej Dolinie jest zapierający dech w piersiach… Szkoda tylko, że ze względu na nadchodzącą burzę nie miałem czasu się nim zachwycać. Mimo tego trudno się oprzeć wrażeniu, iż główną atrakcją Słowackiego Raju mają być dość nietypowo prowadzone szlaki.